Joanna Szyndler – między Warszawą, Hawaną, a Miami

  2019/12/11

Spotykamy się w klubokawiarni Towarzyska na warszawskiej Pradze. W tle leci Amy Wniehouse; raczej głośno. Asia przychodzi uśmiechnięta – jak zwykle. Ma ze sobą książkę „Kuba-Miami. Ucieczki i powroty”, która w październiku była nominowana do Nagrody Conrada. Czuje się tutaj, jak u siebie; mieszka niedaleko. Prosi o ściszenie muzyki. Amy, choć nadal świetna, już nas nie zagłusza. Zaczynamy rozmawiać o książce Asi, o Kubańczykach, podróżach na Kubę…

Za pierwszym razem to miała być dla ciebie tylko przygoda, wycieczka. Czy w Kubie można się zakochać?
Można się zakochać, tylko, że jest to trudna miłość. To jest kraj zdecydowanie inny niż te, które znamy, ale jest to też karaibska wyspa z plażami, palmami i piękną, kolonialną Hawaną pełną starych samochodów. Można się zakochać w tym mieście, można się zakochać w ludziach, którzy są bardzo otwarci. Ale jest to też miejsce w którym żyje się bardzo trudno, z którego, cały czas, wiele osób chce uciekać. Na Kubie żyje się w takim marazmie, z trudnościami codziennego życia, typu: co kupić, co można dostać w sklepie, jak coś załatwić przy niskich zarobkach. Wtedy przestaje się patrzeć na Kubę tylko jak na piękną wyspę. Widzi się codzienność. Przykład: na Kubie są trzy rodzaje sklepów, jedne w których płaci się tylko w peso, drugie w których płaci się i peso i dolarami i teraz nowość: pojawiły się sklepy, w których można płacić tylko dolarami. Te sklepy powstały po to, aby poczyścić kieszenie Kubańczyków z obcej waluty.

Czego możemy się nauczyć od Kubańczyków?
Oni są bardzo blisko siebie. Przykładowo; gdy ktoś robi urodziny, to często nie stać go na to, aby zrobić je w klubie. Wystawia wtedy głośnik przed dom, robi imprezę dla sąsiadów, znajomych i to wystarcza; wszyscy się schodzą. A sąsiedzi na Kubie są ważni – tam często, przez bardzo, bardzo wiele lat, wszyscy mieszkają w tych samych domach.

Z innej beczki – pisanie książki: praca czy pasja?
Samo pisanie książki było świetne, ale też wymagające: to były dwa lata siedzenia po nocach. Podróżowanie, zbieranie materiałów, umawianie rozmów z Kubańczykami, którzy telefony często mają tylko stacjonarne… to nie było proste. Z drugiej strony, bardzo bym chciała napisać kolejną książkę, bo to był jednak bardzo fajny czas i jest to oczywiście ogromna satysfakcja, ale… to nie jest najbardziej dochodowe zajęcie, jakim można się zająć.

Niespełna 400 km, które dzielą Hawanę od Miami, nie wydają się być ogromną odległością. A jednak dla wielu Kubańczyków te kilometry to bariera nie do przebycia. Co jest najtrudniejszego w takiej podróży?
A nawet mniej, bo to jest tylko 90 mil od wybrzeża Kuby do wybrzeża Florydy. To jest z jednej strony tak blisko, że rozbudza wyobraźnię, ale z drugiej, Kubańczycy nie bardzo mogą tak po prostu wsiąść do samolotu, polecieć do Stanów i tam zamieszkać. Z jednej strony bardzo ciężko jest im dostać wizę, a z drugiej – Kubańczycy zarabiają po jakieś 30 dolarów miesięcznie, podczas gdy bilet na taki samolot kosztuje około 300 dolarów. Dla kogoś, kto już ma rodzinę w Stanach… tak w ogóle – drugim największym składnikiem PKB Kuby, są pieniądze przesyłane od rodzin z zagranicy… więc, wracając do pytania; wielu Kubańczyków ma już rodziny za granicą i wtedy dla nich te pieniądze na samolot, nie są już tak nieosiągalne. Ale nadal pozostaje wiza, którą jest bardzo trudno dostać; to naprawdę skomplikowana procedura, bo obie strony wiedzą, że większość Kubańczyków, gdy już poleci do rodziny do USA, to nie po to, aby wracać. Dlatego też Kubańczycy przez wiele lat wypływali tratwami na morze, aby dobić do brzegu Stanów, zwłaszcza gdy istniało prawo, dzięki któremu każdy Kubańczyk, gdy już postawi nogę na amerykańskim wybrzeżu, mógł tam zostać. Dlatego czasem zdarzały się kradzieże łodzi, kradzieże promów pasażerskich, nawet porwanie samolotu… ale faktycznie wiele osób płynęło do Stanów na tratwach zbitych z kilku zwykłych desek, po spodem był styropian, dętki od opon traktorów i tak płynęli. Prawo do pozostania Kubańczyka na terenie USA, po dotknięciu lądu, zniósł Barack Obama.

Asia w klubokawiarni Towarzyska

Historia 6-letniego Eliana Gonzaleza wydaje się być przykładem tego, jak wygląda życie ludzi na styku wielkiej polityki. Nie objęło go wspomniane prawo (choć wówczas jeszcze obowiązywało), bo wyłowiła go Straż Graniczna, gdy dryfował nieopodal brzegu USA…
Elian stał się symbolem z jednej strony ucieczek, a z drugiej symbolem stosunków Kuba-USA. Wypłynął z matką i grupą innych osób, potajemnie, nielegalnie. Ojciec, z którym jego matka była po rozwodzie, nie wiedział, że oni wypływają. Na morzu dopadł ich sztorm, łódź się wywróciła, Elian dryfował kilka dni na dętce ratunkowej, na początku z matką, która się jej trzymała, ale gdy któregoś razu się przebudził, jego matki już nie było. Tylko jemu i 2 innym osobom udało się uratować. Elian trafił do Miami, miał tam rodzinę ze strony ojca, i ta rodzina chciała, aby został pod ich opieką. Natomiast ojciec, gdy się tym dowiedział, zaczął walczyć o to, żeby chłopiec wrócił do niego na Kubę.
Z czasem sprawa ta zaczęła docierać do coraz wyższych szczebli obu Państw, a co za tym idzie; zaczęła się medialna walka po obu stronach. W efekcie trafiła ona na pierwsze strony gazet i kwestia Eliana dotarła aż do poziomu Fidela Castro i Billa Clintona. W USA prezentowano to tak, że ojciec Eliana jest manipulowany, dlatego np. do Miami przyleciał z obstawą, bo inaczej też by został w USA… Ale, w skrócie; Elian wrócił do ojca na Kubę. Na Kubie było to przedstawione jako triumf typu „nasz Elian wraca”, wykorzystano ten fakt do celów propagandowych. Z kolei w USA, urzędniczki, które wydały taki wyrok, uznano za zdrajczynie, pomimo tego, że oparły go wprost na obowiązującym prawie. I takich historii jest mnóstwo; ta była wyjątkowa, bo była bardzo medialna. Ale takich Elianów, żyjących w jakimś rozerwaniu między Stanami i Kubą, albo Kubańczyków którzy stracili kogoś bliskiego w morzu, jest bardzo, bardzo wielu.

Kubę i Stany Zjednoczone, zdawałoby się, różni niemal wszystko. Czy tak jest naprawdę? Czy – poza oczywistymi różnicami kulturowymi i politycznymi – ludzi po obu stronach Cieśniny Florydzkiej, naprawdę nic nie łączy?
Myślę, że wszędzie ludzie są podobni do siebie; szukają dobrej pracy, miłości, robią wszystko dla swoich rodzin. To są te same historie. Ale jeśli chodzi o społeczeństwa, to wiele się zmieniło. Kiedyś Kubańczycy, którzy przyjeżdżali do Stanów w latach 60’ i 70’, to była głównie bogata klasa średnia, biała, dobrze wykształcona. Oni w Stanach byli tak zwaną drugą siłą, zaraz po Izraelczykach. Byli wówczas bardzo szanowani i mieli duży wpływy na politykę. Jednak z czasem emigrować zaczęli też gorzej wykształceni Kubańczycy, z niższych klas, często o czarnym kolorze skóry, na przykład wierzący w Santerię; to jest afro-kubańska, synkretyczna religia, w której najbardziej kontrowersyjne jest rytualne poświęcanie zwierząt. Wtedy na Kubańczyków w Stanach zaczęto patrzeć jak na biednych, niewykształconych itp. Z drugiej strony, w samym Miami Kubańczyków mieszka milion i mieszkają tam od pokoleń, więc wielu z nich to są Kubano-Amerykanie i oni współtworzą to miasto… ale już nie mają tak silnego wpływu na politykę, jak kiedyś.

Polakom, uciekającym z PRL po cichu wszyscy kibicowali; podobnie było w przypadku przekraczania przez Niemców muru Berlińskiego. Kubańczycy, zdaje się, patrzą na to inaczej.
Przez kubańskich rewolucjonistów to zawsze było przedstawiane jako zdrada kraju. Ucieka ten, kto nie wierzy w rewolucję, więc należy go potępić. Były więc organizowane marsze potępienia, a wyjeżdżających przedstawiano jako zdrajców, nazywano robactwem. Te potępienia to były teoretycznie spontaniczne, ale wiadomo: były sterowane. Na przykład; jeśli ktoś planował wyjazd do Stanów, to rzucano w niego jajkami czy pomidorami, wypisywano na jego domu obraźliwe hasła. Wielu Kubańczyków faktycznie, samoczynnie się w to angażowało. Ale to się zmieniało. Dziś, gdy większość Kubańczyków ma już za granicą kogoś z rodziny, większość wspiera emigrantów.

Ucieczki z Kuby mają zdecydowanie jeden kierunek: w stronę USA.
Kubańczycy wyjeżdżali od kiedy zaczęła rewolucja, a pewnie jeszcze wcześniej, jednak było parę takich momentów, gdy Fidel otwierał na chwilę granicę. Wówczas porównywano to do szybkowaru, aby rozładować napięcie dając ujść „parze”. I w latach 80’ było właśnie takie otwarcie. Wtedy też była taka historia: jeden z Kubańczyków poprosił o azyl w ambasadzie Peru, a przedostał się na jej teren wbijając się samochodem w płot. Ambasador go przyjął. Więc Fidel powiedział, że w takim wypadku, on zdejmuje ochronę z ambasady. W kilka dni, dziesięć tysięcy osób znalazło się na tej małej przestrzeni, prosząc o azyl. Długo szukano rozwiązania. W końcu Jimmi Carter powiedział, że rodziny Kubańczyków mieszkających w Miami, mogą wysłać statki po rodziny i te statki zabiorą też koczujących w ambasadzie Peru; wiadomo, że nie o wyjazd do Peru im chodziło. Castro okazał się sprytniejszy – na pokłady statków, które przybyły, wysłał także więźniów i pacjentów szpitali psychiatrycznych, które w ten sposób sobie „wyczyścił”. To też bardzo zmieniło wizerunek Kubańczyków w Stanach, bo to było wielu mężczyzn z wyrokami, którzy nagle znaleźli się w USA; o tym opowiada film „Człowiek z Blizną” Briana De Palmy; od tamtego czasu Kubańczycy w Stanach mieli łatkę kryminalistów.

Rozmawiając o Kubie, nie można nie wspomnieć o dwóch nazwiskach; Fidel Castro i Che Guevara. Biografie powszechnie znane; czy „zwykli Kubańczycy” nadal wierzą w ich idee, czy raczej unikają tematów politycznych?

Też próbowałem sobie na to pytanie odpowiedzieć i moim zdanie kubańskie społeczeństwo jest podzielone. Starsze pokolenie – ale nie tylko oni – całe życie wierzy w rewolucję. Kubą przed Fidelem Castro też rządził dyktator, i dla wielu osób życie po rewolucji jednak się poprawiło. Ale minęło 60 lat i większość ludzi jest rozczarowanych; widzą, że to kłamstwo i na wyspie nadal jest reżim i bieda. Ale są też tacy, którzy nadal wierzą w to, o co walczyła rewolucja.

O Trumpie pewnie nie mówi się na Kubie pozytywnie…

A wiesz: to jest bardzo różnie. Na przykład wśród diaspory kubańskiej w USA, dla jej konserwatywnej części, to Obama był zdrajcą. Był nim, ponieważ próbował się z kubańskim rządem dogadać, podczas gdy wspomniana część Kubańczyków uważa, że reżim powinno się docisnąć sankcjami, a nie negocjować. Dla nich to Trump jest tym, który buduje mury i wywiera presję, więc część Kubańczyków – fakt: zwykle tych, którzy życie na Kubie mają już za sobą – twierdzi, że tylko polityka przykręcania śruby doprowadzi do upadku reżimu. A że na tym cierpią ci, którzy żyją na Kubie, to jest wg. nich niezbędnym kosztem zmian.

Pytam, ponieważ organizacja rozmów z Kubańczykami – przynajmniej z pozoru – wydaje się być dość trudna.

Właśnie nie; Kubańczycy bardzo szybko się otwierali. Ludzie ogólnie lubią rozmawiać, opowiadać swoje historie, a czasem nawet łatwiej o szczerość wobec kogoś nieznajomego, kogoś, kto nie jest z rodziny, nie jest uwikłany w opowiadane historie. Na Kubie nie ma problemu z  krytykowaniem władzy, wyrażaniem opinii – dopóki się o tym mówi w sferze prywatnej. Gdy robi się to publicznie, organizuje spotkanie, koncert, czy publikuje na blogu, to już można być aresztowanym, ale takie narzekanie na ławce w parku, miedzy sąsiadami jest ok. Więc byli i tacy, którzy się bali, ale było też wielu takich, którzy również na pytania o politykę odpowiadali chętnie.

Yasser, jeden z bohaterów Twojej książki, wraca na Kubę, aby znów być Yasserem, a nie Kubańczykiem. To wydaje się być bardzo uniwersalnym doświadczeniem osób dłużej przebywających poza swoimi krajami.

On najpierw mieszkał w Meksyku, dopiero później w Stanach i ta rzeczywistość, do której trafił na emigracji… Wiesz: ona często nie jest tak prosta, jak sobie ją ludzie przed wyjazdem wyobrażają. Yasser dostawał niezbyt dobre prace, zarabiał niewiele, w towarzystwie zawsze nazywano go Kubańczykiem, a do tego tęsknił za domem. W dodatku długo pracował w call center, gdzie musiał naciągać ludzi, czego nie chciał robić. W efekcie był bardzo rozczarowany emigracją. Na takich jak on, patrzy się na Kubie jak na przegranych, looserów, ale Yasser wolał być wśród przyjaciół i rodziny, nawet pracując za grosze. Niektórym życie bardzo mocno się poprawia po wyjeździe, ale nie wszystkim – Yasser był tym, który miał odwagę powiedzieć; ok, nie udało mi się, dlatego wolałem wrócić do siebie.

SZYBKO I ZA GOTÓWKĘ

Dojedziemy, doradzimy, wycenimy.

Gwarantujemy bezpłatną wycenę i bezpłatny dojazd po książki, a do tego płatność gotówką – od razu przy odbiorze kolekcji.

© Copyright 2019-2020 by Hanoteka.pl Projekt i wykonanie: Agencja Interaktywna Epoka

Kontynuując korzystanie ze strony, wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. więcej informacji

Ustawienia plików cookie na tej stronie są ustawione na „zezwalanie na pliki cookie”, aby zapewnić Ci najlepsze możliwości przeglądania. Jeśli nadal korzystasz z tej strony bez zmiany ustawień dotyczących plików cookie lub klikniesz przycisk „Akceptuj” poniżej, wyrażasz na to zgodę.

Zamknij