Kurt Vonnegut – „Śniadanie mistrzów, czyli żegnaj, czarny poniedziałku!”

  2021/04/20

Jeśli gdzieś ktoś na świecie napisał książkę, którą by można było nazwać szczytowym osiągnięciem czarnego humoru to… „Śniadanie mistrzów” na pewno jest mocnym kandydatem do tego właśnie tytułu. A w dodatku jest ono klasyką literatury. I to bynajmniej – nie nudną klasyką, lecz dosadną, bezczelną i nie uznającą świętości.

Książka drogi i schizofrenii. Oraz dziwnych ilustracji, które pojawiają się pomiędzy akapitami, a do których autor-narrator często odnosi się bardzo wprost, zamiast opisywać kształty, po prostu je rysując. Rysując w dość nieporadny sposób – trzeba to dodać. Już sam ten zabieg sprawia, że mamy do czynienia z powieścią nietypową, a słowo dajemy, że to niejedyny, dziwny literacko zabieg Vonneguta.

Ale wróćmy do fabuły. Mamy tutaj dwóch głównych bohaterów: Kilgore Trouta, niespełnionego autora powieści science-fiction, którego twory nadają się tylko do tego, aby udawały książki, bo tak naprawdę w ich publikowaniu wydawcy chodzi wyłącznie o to, aby tu i tam pomiędzy stronami umieścić „bobry”. I nie tylko „bobry”. Nie; nie zwierzęta. Goliznę znaczy się.

Wspomniany autor ma w zasadzie tylko jednego fana. Jednego, ale za to bardzo, bardzo bogatego. Jest nim Dwayne Hoover, sprzedawca pontiaków, właściciel nieruchomości i inwestor. I jak to bywa w życiu, jedyny fan przesyła chyba jedyne honorarium swojemu idolowi. Honorarium od którego zaczyna się podróż tego pierwszego na festiwal sztuki – jak łatwo się domyślić; podróż pełna abstrakcyjnych wydarzeń i jeszcze bardziej abstrakcyjnych dialogów. A tak naprawdę podróż ta jest tylko wytrychem, dzięki któremu Vonnegut pokazuje społeczeństwo swoich rodaków w sposób przekrojowy i – co tu dużo pisać – absolutnie bezkompromisowy. Szydzi z nich po prostu.

„…Zbliżając się do pięćdziesiątych urodzin, byłem coraz bardziej wściekły i zdumiony idiotycznymi decyzjami moich rodaków. A potem nagle poczułem do nich litość, gdyż uświadomiłem sobie, jak niewinne i naturalne było w gruncie rzeczy to ich odrażające zachowanie dające tak odrażające rezultaty: robili wszystko, co mogli, żeby naśladować ludzi wymyślonych w książkach. Dlatego właśnie Amerykanie tak często do siebie strzelali: był to poręczny chwyt literacki do kończenia opowiadań i powieści…”

Kurt Vonnegut – „Śniadanie mistrzów, czyli żegnaj, czarny poniedziałku!”, Str. 200-201

Ta powieść jest jak przysłowiowa jazda bez trzymanki. Daleka od utartych schematów; zarówno fabularnych, jak i językowych. Z początku wydaje się absurdalnie chaotyczna, z czasem jednak wszystkie elementy trafiają na swoje miejsca. Bezlitosne kpienie autora tak z samego siebie, jak i z wszystkich dookoła, to doprawdy mistrzowski popis jednoosobowej loży szyderców. Najcenniejsze jest jednak zakończenie; o dziwo refleksyjne, niegłupie i zostawiające czytających z przeciągłym „Ooooooooooooooooooooooo…” na ustach. Nie tylko dla tego zakończenia warto „Śniadanie Mistrzów…” przeczytać.

Powieść: „Śniadanie mistrzów, czyli żegnaj, czarny poniedziałku!”
Autor: Kurt Vonnegut
Tłumaczenie: Lech Jęczmyk / Janusz Jęczmyk
Gatunek: groteska, literatura poważna
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 278
Napisana: 1973
Wydanie recenzowane: 2004

SZYBKO I ZA GOTÓWKĘ

Dojedziemy, doradzimy, wycenimy.

Gwarantujemy bezpłatną wycenę i bezpłatny dojazd po książki, a do tego płatność gotówką – od razu przy odbiorze kolekcji.

© Copyright 2019-2020 by Hanoteka.pl Projekt i wykonanie: Agencja Interaktywna Epoka

Kontynuując korzystanie ze strony, wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. więcej informacji

Ustawienia plików cookie na tej stronie są ustawione na „zezwalanie na pliki cookie”, aby zapewnić Ci najlepsze możliwości przeglądania. Jeśli nadal korzystasz z tej strony bez zmiany ustawień dotyczących plików cookie lub klikniesz przycisk „Akceptuj” poniżej, wyrażasz na to zgodę.

Zamknij